NIECH SIĘ ŚWIĘCI 1 MAJA!

Siedzę sobie milutko zrelaksowana przy biurku. Próbuję zrobić porządek w miliardzie papierów i dupereli, notesów i notesików, wizytówek, karteluszek, płyt, ładowarek i Bóg wie czego jeszcze... Skaczę po mailach i internecie popijając na zmianę koniak i zieloną herbatę. Fakt, niespodziewane połączenie:) Za oknem dochodzą odgłosy lata, bo latem powietrze inaczej rezonuje i jakoś tak przypomina mi się coś miłego, jeszcze nie wiem co... Może dzieciństwo, kiedy to przygotowania do pochodu pierwszomajowego były ekscytującym wydarzeniem, a może przedsmak przygody?

W latach 70., za Gierka, 1 Maja było radosnym świętem, w każdym razie dla nas, słonecznie zindoktrynowanych dzieci, które ochoczo śpiewały okolicznościowe piosenki "Witaj maj, pierwszy maj..."

Na zajęciach praktyczno-technicznych robiło się gadżety służące do wyrażania entuzjazmu. Robiło się kwiaty z białej i czerwonej bibuły, wycinało się z białego kartonu gołębie i przyklejało do drewnianych patyków. Gołąbek - wiadomo - symbol pokoju, a pod takim hasłem odbywały się wtedy pochody pierwszomajowe.

Odbywały się też próby przemarszu! Maszerowaliśmy zatem czwórkami aleją wiodącą ze szkoły na cmentarz (bo spokojna i szeroka:) Należało zachować równe odstępy i w rzędach, i w szeregach, aby później przed trybuną, którą ustawiano na środku Rynku, zaprezentować się dumnie. Była to również rywalizacja z innymi podstawówkami w moim mieście. Nasza oczywiście wypadała najlepiej! Dzień 1 Maja był również powodem do tego, aby ubrać się odświętnie! Białe bluzki i granatowe spódniczki. Ale najważniejsze, że tak, jak 1 listopada na Wszystkich Świętych, choćby nie wiem jak ciepło było, można było zakładać futra i kożuchy, tak na 1 Maja, choćby nie wiem jak zimno, można było zakładać białe podkolanówki!

To były słoneczne dni z festynami, lodami i balonami... no i wolne od pracy, co w czasach, kiedy nie było jeszcze wolnej soboty, było prawdziwym świętem.

Później w szkole średniej unikaliśmy pochodów jak diabeł święconej wody! Ale to były już inne czasy.

Szare lata 80., pamiętam deszczowo, przesiąknięte smutkiem. Wtedy za nieobecność na pochodzie groziły restrykcje.

W szkole średniej zawsze miałam kłopoty, bo jej nie lubiłam. Groziło mi wyrzucenie za frekwencję! Nie mogę sobie przypomnieć, czy pod wpływem szantażu poszłam na ten cholerny pochód czy nie. A może wyparłam to z pamięci? Kto wie...?

Dziś już prawie nikt nie świętuje 1 Maja i niewiele osób pamięta, skąd się wzięło. A wzięło się w skrócie z walki o 8-godzinny dzień pracy.

Dziś Święto Pracy połączyło się ze Świętem Konstytucji 3 Maja oraz z przybocznymi weekendami i funduje Polakom 9-dniową PRZERWĘ W PRACY!

Wszystko zastyga w bezruchu. Cieszą się pracownicy, mniej pracodawcy...

A ja? Rzutem na taśmę postanowiłam przekształcić mój jutrzejszy wyjazd służbowy do Włoch w Wielką Majówkę!

Zamiast lecieć samolotem, zapragnęłam jechać samochodem, jak za dawnych lat.
Namówiłam siostrę, aby pojechała ze mną, zawsze była niezawodnym GPS-em!
Ponieważ ten weekend dla mnie nie jest tak długi bo dziś (już świta) muszę być w pracy, a pojutrze już w fabryce w Como, wymyśliłam, że do Zurychu polecimy samolotem a stamtąd samochodem - 300 KILOMETRÓW RAJSKICH WIDOKÓW!

Samolot, samochód i hotel zarezerwowany!

Ahoj przygodo!

Oby nie taka, jak kilka lat temu w Portugalii, kiedy to zginęło prawo jazdy, bez którego nie można było wynająć samochodu, a trzeba było dojechać na opustoszałe wybrzeże. Znalazłam taksówkarza, który zgodził się zawieźć nas na miejsce. W między czasie prawo jazdy znalazło się jakimś cudem, a ja na szczęście nie odwołałam taksówkarza, który o dziwo był anglojęzyczny! A co ciekawsze, dzień wcześniej oglądał w telewizji mój pokaz! (Pokaz był częścią Gali Akcesyjnej krajów, które właśnie wchodziły do Unii Europejskie. Reprezentowałam wtedy Polskę) Poprosiłam go, aby nas pilotował do wynajętego domu. Na miejscu okazało się, że pośrednik dał nam złe namiary. Klucz od domu miał być u Bombardierów, czyli w remizie... Nie muszę mówić, że kluczy tam nie było, adres też był zły. Nie można się było dodzwonić do pośrednika w Polsce. Dramat! Gdyby nie taksówkarz mówiący po angielsku, co jest tam nieczęste, byłoby nieciekawie. Nie byłoby szansy, aby się dogadać. Do tej pory nie mogę zrozumieć, jak udało się znaleźć klucz i dom, a raczej domek na urwisku skalnym z odciśniętymi wielkimi łapami wielkich dinozaurów. Było to na najdalej na zachód wysuniętym cyplu Europy, Capo da Roca. W tamtych rejonach bez samochodu byłybyśmy uwięzione jak w latarni morskiej. Tę majówkę, pomimo mojej wściekłości z powodu jeszcze innych przygód, zaserwowanych mi przez organizatora gali, wspominam bardzo miło!!

Tymczasem jestem podekscytowana, bo w Como będę wybierać i zamawiać tkaniny!!!!!!!

P.S.
W między czasie znalazłam w internecie stary mebel, który być może uporządkuje moje życie i biurko. 76 płaskich szuflad, każda z szyldem!
Cudo! Tylko droga i trzeba ją z Londynu ściągnąć.
Trwa ładowanie komentarzy...